poniedziałek, 22 lipca 2013

Szaga 2013 BnO

Bo w Zaniemyślu ładnie jest , są rzeki , jeziora ,lasy ,  pamiętam wakacje w Błażejewku . No i Szaga jest w tym roku.
Teraz są dwa światy , jeden ten asfaltowy 21 kilometrowy , drugi ten leśno-polno-błotno-kukurydziano-bagienny 25 kilometrowy . Nie było jeszcze że jak organizator napiszę 25 km to tyle jest , zawsze mam nabiegane powyżej 30 km ...Tym razem nie będzie inaczej :)
Co kraj to obyczaj .
Na początku weryfikacja, później sprawdzanie wyposażenia :
-kompas
-telefon
-dokumenty
-apteczka
Bez tego nie pobiegniesz .
Odprawa, wspólne zdjęcia , rozdanie map i.... do boju .
Tym razem są posiłki . Biegnę w parze z Arturem B.
Z panem B nie ustaliłem czy mogę użyć jego nazwiska więc pozostańmy przy tym .
W miarę ustaliliśmy tępo biegu . Na krótko po starcie dołączyła do nas Sylwia , widać pasowała jej nasza szybkość a co trzy głowy to nie jedna .
Pierwszy punkt osiągnęliśmy bez problemów , droga prosto jak strzelił po ścieżkach .
dalej już nie ścieżką a brzegiem rzeki , potem ostro pod górę i dobrze bo ekipa biegnąca obok wpadła w bagno no i w butach zapewne różowo nie było . parę zakrętów , trochę na przestrzał , tu maliny dały się w znaki , pokrzywy też nie były dłużne ...Dostaliśmy się na główną drogę .
Ogarnięci , w uformowanym szyku ruszyliśmy przez pola w stronę lasu .
Gość na traktorze :

- Gdzie lecicie ? Tam nie ma drogi !!!!

Wiadomo .
Dotarliśmy do lasu , mała przeprawa przez rzeczkę i szukanie Łysej Góry .
Tu nasza trójka się nie popisała. orientacji nie straciliśmy , ale straciliśmy trochę czasu aby odszukać lokalizację . Łysa Góra pomyliła nam się z Najwyższą Górą W Okolicy no i zeszło nam ze 30 minut.
Pomoc przyszła niebieskim szlakiem . Odnaleźliśmy nasz punkt i prosto na szage do trójki .
Pan B się wyłamał i powiedział że widzimy się na miejscu i że on biegnie drogą .
Ja z Sylwią przez pole , przez rzekę , przez pokrzywy, przez pole, przez paprocie i do punktu .
Nogi nie zdrowo piekły . Trójka się schowała pod mostkiem . Komary nas cięły niemiłosiernie a my czekamy za Panem B . Ładnie czekaliśmy 10 minut i się nie doczekaliśmy . Trudno.
Do czwórki po drodze było brzegiem Warty . Dalej na szlak rowerowy , ktoś nam podpowiedział i się podbilismy . Szacunek dla gości co biegli 50 km i napierali na punkt od strony bagna . Szacunek naprawdę . Do piątki było prosto jak po sznurku , ale czasem proste rzeczy przysparzają wiele kłopotów . Skręciliśmy w las no i nikt nie spojrzał na mapę , albo spojrzał pod kątem , albo odwrotnie , albo nie wiem już jak bo nadrobiliśmy kolejne 4 km .....
dalej szosa , szosa zakręt w lewo , pola kukurydzy , niesamowite . Biegniesz w tej kukurydzy i biegniesz , po drodze odbierasz telefon od szwagra , i nagle pole się kończy i wbiegasz w górę kurzego łajna .. mmmmm
Teraz było nas czworo . Dogonilismy kolejne dwie osoby . Niestety nie przytoczę ani imienia ani nazwiska .pamiętam jedynie koszulki z maratonu w Rzymie .
Dyskusja na temat gdzie jestesmy była ożywiona , ale doszlismy  do jednego że trzymamy się sciany lasu .
Po kilometrze pewien swego oddzielilismy się z Sylwią i pobieglismy do szóstki . Do siódemki było po drodze . Wielki dąb , nie sposób nie zauważyć. Po dębie juz tylko meta.
Tam Sylwia mnie zostawiła , oczywiście za porozumieniem stron i sam dobiegłem , właściwie to doczłapałem na metę .

Kolejny raz wielka satysfakcja . Wspaniała przygoda, mili i przyjaźni ludzie .
Na mecie Pan B już był wykapany i pachnący . Nie wiem jak ale przybiegł ze 40 min wcześniej .
pewnie biegł skrótem :)
Na koniec smaczny obiad w Zaniemyskiej knajpie i do domu .

Oj nasłuchałem się po drodze i chyba uderzę w sobotę na rajd Konwalii :)

Narazie

 las 2 asfalt 0 :)))